Na początek wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: to nie jest artykuł sponsorowany. AOC AGON Pro AG346UCD trafił do nas jako element platformy testowej i miałem okazję poznać go lepiej, korzystając z niego na co dzień przez niemal rok. A jako że mamy do czynienia z konstrukcją korzystającą z matrycy OLED, co dla wielu wciąż jest nowinką, to dobra okazja, by sobie o tym porozmawiać pod kątem czysto użytkowym.
Efekt wow? Owszem, jest!
Najważniejsza kwestia to oczywiście fakt, że odczujecie poprawę jakości obrazu. Wcześniej na moim biurku stała ultrapanorama IPS i w pierwszej chwili po uruchomieniu ekranu AOC AGON Pro AG346UCD byłem wręcz oczarowany tym, co zobaczyłem. Barwy stały się soczyste, czerń perfekcyjna, całość zaś nabrała posmaku tego, co znałem wcześniej z konsol podłączonych do telewizora z matrycą OLED. Przeskok był zauważalny od pierwszych chwil i bardzo duży.

Tyle że… szybko się do tego przyzwyczaiłem i przestałem to zauważać. To oczywiście normalne zjawisko, jeśli nie macie punktu odniesienia w postaci np. drugiego ekranu IPS stojącego obok. Dopiero gry przyjdzie wam wrócić do poprzedniej technologii, znów doświadczycie tego uczucia, tyle że, powiedzmy, w drugą stronę. U mnie stało się to z konieczności i przez kilka dni autentycznie cierpiałem z tego powodu, co fajnie pokazuje przewagę diod organicznych. Inną kwestią jest to, że taka wyrazistość barw na początku wyglądała… dziwnie i nieco za ostro. Musiałem się do niej trochę przyzwyczaić, ale stało się to bardzo szybko, zaś fakt, że czerń jest tu naprawdę czarna, sprawił, iż przestałem odczuwać potrzebę korzystania z HDR. To jeden z najfajniejszych skutków ubocznych przesiadki na nowinkę. Ogólnie można rzecz, że zainstalowanie na biurku OLED-a to trochę taka droga bez powrotu. Jeśli was życie do tego nie zmusi, to już nigdy nie będziecie chcieć starszego ekranu. Pod tym względem wrażenia z użytkowania nie odbiegają niczym od tego, co znamy z salonu z telewizorem. Różnice pojawiają się jednak gdzie indziej.
Dłużej przed ekranem
Komputer od telewizora – pomijając jakieś patologiczne sytuacje – odróżnia się tym, że ten drugi jest jednak rzadziej używany. W końcu pecet to narzędzie pracy i rozrywki, kiedy salon służy w zasadzie wyłącznie zabawie.
Co tu dużo mówić: monitor dostawał u mnie w kość. Niejednokrotnie, pracując np. nad magazynem CD-Action Retro, który od jakiegoś czasu prowadzę, lub po prostu grając po robocie, siedziałem przed komputerem z krótkim przerwami po kilkanaście godzin na dobę. A to wiąże się oczywiście z obawami, że na matrycy OLED zaczną wypalać się powtarzające się lub stale na nim wyświetlane wzory. Niejednokrotnie zresztą w rozmowach redakcyjnych żartowaliśmy, ze już niedługo na wyświetlaczu na stałe zagoszczą np. przycisk Start systemu Windows czy zajmujący swoje poczesne miejsce w lewym górnym rogu kosz.
Cóż, nic takiego się nie stało. Przed chwilą, korzystając z programu diagnostycznego, bardzo uważnie przejrzałem całą powierzchnię wyświetlacza. Nie znalazłem ani żadnych martwych pikseli, ani wypalonych elementów interfejsu. Duża zapewne w tym rola różnej maści zabezpieczeń wprowadzonych przez AOC. I to właśnie one… mogą się wam dać we znaki.
Pixel orbiting…
Tym, co najpewniej zobaczycie już po paru godzinach siedzenia przed ekranem OLED, jest działanie systemu pixel orbiting. To technika, która chroni matrycę przed wypaleniem na niej obrazu przez jego nieznaczne przesuwanie – w ten sposób, że nawet przy statycznym wyświetlaniu pojedyncze piksele co jakiś czas dostają inną robotę (choć tu oczywiście dużo zależy od wielkości elementów itd.).

Praktyka wygląda tu zaś tak, że co jakiś czas zobaczycie, iż obraz… lekko zmienia swoją pozycję. Telewizory korzystają z tego samego rozwiązania – tam jednak siedzimy dalej od ekranu i jest to niewidoczne. W przypadku zaś monitorów OLED dystans jest na tyle niewielki, że efekt ten po prostu widać. Nie powiem, że jak na dłoni, bo byłoby to kłamstwo – ale jeśli np. skupiacie się na tekście lub jakimś detalu obrazu, to dostrzeżecie takie specyficzne szarpnięcie i przesunięcie o bardzo niewielki dystans. W takich okolicznościach to trochę nieprzyjemny efekt: jakby wam coś, mówiąc kolokwialnie, w mózgu przeskoczyło. I choć natężenie działania tej techniki można regulować w menu ekranowym urządzenia, to tak czy inaczej jej działania nie sposób zignorować.
…i pixel refresh
Inną kwestią jest fakt, że po czterech godzinach pracy ekran pracujący na standardowych ustawieniach domaga się przerwy, by przeprowadzić odświeżanie pikseli. To kolejne zabezpieczenie przed wypaleniem matrycy. Komunikaty tego rodzaju można oczywiście ignorować, jeśli robimy coś pilnego i nie możemy sobie pozwolić na pauzę. W końcu jednak, po szesnastu godzinach bezustannego działania jest to obowiązkowe. U mnie konieczność ta pojawia się za każdym razem gdzieś między północą a godzina drugą. I w takim wypadku już próby przeciągnięcia sprawy nic nie dają: monitor domaga się podjęcia akcji, odmierzając czas do automatycznego wyłączenia. Cóż, z tym – dla własnego dobra – trzeba się już nauczyć żyć. To jednak scenariusz ekstremalny: normalnie, w ciągu dnia, można sobie np. zrobić przerwę na kawę lub – jak już wspomniałem – proces odświeżania zwyczajnie zignorować. Raz na dobę jednak tak czy inaczej nie ma zmiłuj. Pewnego rodzaju ratunkiem jest fakt, że monitor przeprowadza odświeżanie w ciągu dnia w sposób automatyczny, jeśli tylko wykryje, że przez 15 minut z niego nie korzystamy, a potem się wyłącza.

Oprócz tego w menu ekranowym znajdziemy parę innych ustawień. To zabezpieczenie przed wypalaniem statycznych logo, przyciemnianie pasków zadań, brzegów oraz wygaszacz ekranu – te jednak generalnie raczej nie są inwazyjne i na dłuższą metę warto jednak zadbać, by były aktywne.
Korzystanie z OLED-a – słowo o zaletach
O rewelacyjnej czerni i ogólnej jakości kolorów już było na wstępie, więc nie będę się powtarzał. Tutaj jednak warto dodać, że OLED cechuje się rewelacyjnym, niedostępnym IPS-om czasem reakcji, tutaj na poziomie 0,03 ms (GTG), więc w grach nie tylko mamy świetny obraz, ale i brak jakiegokolwiek smużenia. Dodajmy do tego odświeżanie 175 Hz i okazuje się, że można grać do upadłego bez żadnych nieprzyjemnych wrażeń po drodze.
Osobiście, mówiąc nawiasem, w przypadku ekranu AOC AGON Pro AG346UCD doceniłem również podświetlenie tyłu urządzenia: trzeba je sobie podkręcić, bo to standardowe jest bardzo słabe, ale jego obecność przekłada się na mniejsze zmęczenie oczu przy pracy lub graniu wieczorami. To już oczywiście jest kwestią zupełnie niezależną od technologii OLED, a właściwą konkretnym modelom monitorów – moim zdaniem warto jednak zadbać, by taka opcja w naszym ekranie była.
Słowem podsumowania zaś mogę rzec, że z perspektywy około roku nie taki straszny ten OLED, jak go malują. Owszem, to tylko około 12 miesięcy i jestem ciekawy, co będzie dalej w temacie ew. wypalania się matrycy, zwłaszcza już przy mojej intensywności korzystania ze sprzętu. Na ten moment jednak wszystko jest w porządku, a z wymienionymi wadami da się żyć. Najbardziej doskwiera mi pixel orbiting – to jednak w istocie niewielka cena za fenomenalną jakość obrazu, a wspomnianą technikę dostrzegam w zasadzie wyłącznie przy pracy z tekstem. W grach nie widać tego w ogóle, a przy typowej konsumpcji treści – niemal nigdy.
Jeśli nie boicie się tych wszystkich drobnostek przypominających, że OLED jednak nie jest IPS-em, to… chyba możecie myśleć o przesiadce na wyświetlacz z diodami organicznymi. Tak dużej i przynoszącej realne korzyści zmiany technologicznej na rynku monitorów nie było od lat.
0 komentarzy