Jak podaje m.in. The Verge, OpenAI niby działa w imię nauki, ale w praktyce dane badawcze traktuje jak brudnopis, który rzuca do sprawdzenia komu chce i jak chce – i tak w zasadzie można podsumować całą tę aferę. Nie pierwszy raz zresztą. Całkiem niedawno OpenAI po prostu wrzuciło w sieć przeszło 700 prac bez żadnej weryfikacji, za co zresztą oberwało. Tym razem firma co prawda poprosiła zewnętrznych badaczy o odpowiednią analizę, jednak wybór tego rodzaju „opiekunów” sprawia, że tworzy się asymetria w dostępie do informacji. A co jest w ogóle przyczyną tego zamieszania?
Trzy hipotezy do weryfikacji
OpenAI twierdzi, że jego modele udowodniły ważną hipotezę z analizy harmonicznej, dotyczącą zachowania fal. Według firmy wynik rozstrzyga też pokrewną, znaną hipotezę Kakeyi. Manuskrypt i formalny dowód zweryfikowany komputerowo opublikowano w sieci, a każdy badacz może samodzielnie je analizować.
Drugą kwestią jest to, żewedług OpenAI jej model obalił hipotezę, na której opiera się wiele prac z teorii złożoności obliczeniowej. Opis i dowód są publiczne, a ich ocenę prowadzi zewnętrzna grupa specjalistów, w tym współautorzy samej hipotezy. Według doniesień podobny wynik przedstawiło też Anthropic, ale ta informacja wymaga potwierdzenia w oryginalnych materiałach firmy.
Firma deklaruje też, że jej model udowodnił istnienie pewnych teorii kwantowych, w tym czystej teorii Yanga-Millsa. I tu pojawia się największy problem: materiały nie są publiczne, bo grupa współpracujących ekspertów odroczyła ich publikację. Eksperci zaznaczyli przy tym, że ich udział nie oznacza potwierdzenia wyniku.
OpenAI traktuje naukę jako dodatek do sztucznej inteligencji
Sedno sporu nie leży więc w tym, czy sztuczna inteligencja potrafi dowodzić twierdzeń, lecz w tym, kto i na jakich zasadach może to sprawdzić. OpenAI samo przyznaje, że wybór pierwszych „opiekunów” wyników tworzy asymetrię informacji: wąskie grono wskazanych ekspertów dostaje wgląd w materiały, zanim zobaczy je reszta świata. Ich nazwiska nadają ogłoszeniu wiarygodność, ale sami naukowcy zastrzegają, że ich udział nie oznacza, że wynik, jaki sprawdzają, jest prawidłowy – tak czy inaczej jednak wygląda to trochę jak działania PR-owe, a nie naukowe. Najbardziej widać to w fizyce: dowód, o którym firma poinformowała świat, nadal nie jest publiczny, choć tak naprawdę nie ma już naukowego powodu do zwłoki.
Za takim podejściem kryje się logika, w której wynik wygenerowany przez model AI jest gotowym produktem, a środowisko naukowe pełni rolę zaplecza. Firma udostępnia „surowe dane”, ciężar ich zrozumienia, sprawdzenia i opisania spada zaś na uczonych – i to na tych, którzy akurat zostali wybrani lub dostali materiały zanim trafiły one do szerszego obiegu. Problem w tym, że nauka jednak działa trochę inaczej: wynik jest wiarygodny dopiero wtedy, gdy zweryfikować go może każdy, kto tylko ma na to ochotę. Dopóki zaś o tym, komu i kiedy przyznać dostęp do materiałów, decyduje jedna firma – i to według własnego widzimisię – jej „ogłoszenia „odkrycia” pozostają jedynie deklaracjami.










0 komentarzy