Przejdź do treści

Ukraiński MIG-29 strącił drona, nie strzelając ani razu. Pilot powtórzył sztuczkę znaną z II wojny światowej. Brali w tym udział również Polacy [AKTUALIZACJA]

3 minuty czytania

Czasem, by strącić drona, wcale nie trzeba zużywać amunicji. Tak właśnie zrobił pilot ukraińskiego samolotu MiG-29. Skutek? Rosyjski bezzałogowiec spadł, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Dokładnie tak samo z zagrożeniem radzili sobie piloci podczas II wojny światowej.

To dość brawurowa akcja: wymaga nie tylko perfekcyjnego pilotażu, ale i utrzymania nerwów na wodzy. Ukraińscy piloci mają jednak świetny wzór sięgający jeszcze czasów II wojny światowej.

Pilot ukraińskiego samolotu MIG-29 strącił drona w nietypowy sposób

Jak strącić drona bez użycia amunicji? Cóż, wystarczy do niego bardzo blisko podlecieć i wykorzystać fizyczne siły związane z działaniem powietrza na skrzydła. Turbulencje, jakie się wtedy tworzą, jak się okazuje, wystarczają, by zdestabilizować lot wrogiego urządzenia. Jak to wyglądało w praktyce, możemy przekonać się, oglądając poniższy materiał.

Jak widać na nagraniu, pilot nie musiał nawet podlatywać bardzo blisko rosyjskiego drona. Pokazuje to, że te stosunkowo proste konstrukcje są całkiem czułe na gwałtowne ruchy powietrza i wystarczy stosunkowo niewielkie zakłócenie jego przepływu, by „uziemić” tego rodzaju urządzenie.

Tak samo robili Brytyjczycy podczas II wojny światowej

Co jednak w tym wszystkim najciekawsze, to nie pierwsza sytuacja tego typu w historii lotnictwa. Podczas II wojny światowej brytyjscy piloci odkryli, że bez użycia amunicji w ten sam sposób można strącać niemieckie prymitywne rakiety z napędem w postaci silnika pulsacyjnego, znane szerzej jako V-1 i przypominające z grubsza współczesne drony.

Robili to w podobny sposób, co ukraiński pilot: wykorzystywali do tego własne skrzydło samolotu. Pilot podlatywał do V-1 z boku i umieszczał końcówkę skrzydła swojego myśliwca zaledwie kilka, kilkanaście centymetrów pod skrzydłem wrogiego obiektu. Nie zawsze chodziło nawet o fizyczne uderzenie: przepływ powietrza wokół końcówki skrzydła powodował zmianę sił działających na skrzydło V-1, przechylał ją i wprowadzał w ruch, którego użyty tam „autopilot” nie potrafił w żaden sposób skompensować. Wówczas niemiecki „dron” zaczynał się przewracać i nurkował w kierunku ziemi. Dokładnie na takiej samej zasadzie zadziałała „sztuczka” ukraińskiego pilota.

A jeśli mowa o niecodziennych dokonaniach, to koniecznie zobaczcie działanie prowizorycznego zestawu przeciwlotniczego, tym razem po rosyjskiej stronie. Trudno mówić tu jednak o podziwie - ja się zdrowo uśmiałem. Nie zapominajmy również o tym, że Rosjanie mieli okazję nad Moskwą zobaczyć UFO.

Aktualizacja – to również wyczyn polskich pilotów

Czytelnik zwrócił mi uwagę, że tego rodzaju wyczyny były również domeną polskich pilotów – o czym nie wiedziałem. Przez weekend wgłębiłem się w temat i okazało się, że rzeczywiście coś jest na rzeczy. Przede wszystkim – Polacy mają zaliczonych naprawdę sporo zestrzeleń pocisków V1. Oficjalnie na konto naszych pilotów walczących w ramach brytyjskich sił zbrojnych wpisano ich ponad 191 na 244 deklarowane zgłoszenia. Ogółem w tego rodzaju akcjach brało udział 78 naszych pilotów. Czy jednak są udokumentowane strącenia wyżej przedstawioną metodą?

Halik Kochanski, brytyjska historyczka polskiego pochodzenia, w książce „The Eagle Unbowed” pisze, że „polscy piloci nauczyli się latać wystarczająco blisko V-1 w locie, a następnie szturchać ich skrzydła, przechylając je tak, aby spadły na ziemię przed Londynem”.

Dokumenty pozwalają nawet z dużym prawdopodobieństwem zidentyfikować co najmniej jednego pilota, który tak robił. Był to por. pil. Tadeusz Karnkowski, który według oficjalnej dokumentacji ma zaliczone 3,5 zestrzeleń V-1 (rekord wśród Polaków należy do plut. pil. Stanisława Rudowskiego, aż 8,5 zaliczonych strąceń na 10). Skąd wiadomo, że wspomniany pilot stosował taką technikę? W raportach wojskowych zachowała się wzmianka, że jeden z pilotów podczas takiego manewru stracił końcówkę skrzydła, gdy V-1 niespodziewanie wróciła do poprzedniego położenia – dokument ten wskazuje właśnie na wymienionego Polaka. Zastrzegam jednak, że nie udało mi się dotrzeć do pierwotnego źródła, a jedynie późniejszych wzmianek na ten temat – te jednak pojawiają się dość często i wydają się dobrze udokumentowane.

2 komentarzy

  1. Jacek
    19:07 Odpowiedz

    Panie Redaktorze… Nie tylko Brytyjczycy – postępowali tak również polscy piloci latający w RAF. Manewr polegał na podważeniu skrzydłem myśliwca skrzydła bomby latającej V-1, której prymitywny żyroskop nie radził sobie z takim wytrącaniem z równowagi. Mimo, że ostrzał z działek i karabinów był wielokrotnie tańszy niż dziś użycie pocisku powietrze-powietrze.

    Może podobieństwo jest, ale różnic jest dużo więcej – myśliwiec na śmigło a MiG-29 to inne masy, inny zakres prędkości min. i maks., „inna” (choć ta sama) aerodynamika – i zupełnie inne proporcje masy i osiągów pomiędzy myśliwcem a celem.

    Poza tym wystarczy, by dron miał możliwość zdalnej detonacji ładunku przez operatora lub samolikwidator… mogło to uszkodzić myśliwiec – tu się w pełni zgadzam.

    1. Grzegorz Karaś
      19:42 Odpowiedz

      Cześć! Prawdę mówiąc, nie słyszałem o udziale Polaków w tych wyczynach – to świetna wiadomość, doczytam sobie. Co do środków zapobiegania – czytałem kiedyś, że w późniejszych wersjach Niemcy zaczęli „uzbrajać” skrzydła i tego rodzaju manewry powodowały detonację.

Zostaw komentarz