Hot Wheels: Infinite Rush to już trzecia gra w serii, którą od 2021 roku tworzy włoskie studio Milestone. Tym razem twórcy postanowili dać nam otwarty świat zamiast wyścigów torowych i… trochę to położyli od strony technicznej. Gra jest naprawdę przyjemna i można przy niej spędzić sporo czasu, ale wersja pecetowa nie jest najlepiej zoptymalizowana, a na Switchu 2 ma jeszcze więcej problemów.

Jest ładnie, kolorowo i soczyście
W Hot Wheels: Infinite Rush ekipa Milestone postawiła na kolorowy, żywy i lekko komiksowy styl, który zdecydowanie bardziej pasuje do marki Hot Wheels niż próba stworzenia fotorealistycznej ścigałki w stylu Forzy Horizon. Moim zdaniem twórcy celują głównie w młodszych graczy i właśnie oni mogą docenić tę stylistykę najbardziej (przywodzącą na myśl np. Fortnite’a).
Sama oprawa jest więc ogólnie przyjemna dla oka – kolory są mocne, samochody wyróżniają się na tle otoczenia, a kolejne lokacje mają własny charakter. Gra wykorzystuje cztery różne wyspy, które oferują odmienne scenerie i różne zestawy aktywności.

Najlepiej wypadają oczywiście modele samochodów, bo to one są najważniejszym elementem całej produkcji i nie mam do nich większych zastrzeżeń. Karoserie są szczegółowe, mają odpowiednio wykonane materiały, widać na nich odbicia słońca, cienie i ogólnie czuć, że obcuje się z modelami o naprawdę wysokiej jakości. Małe samochodziki, tu nieco powiększone na potrzeby gry, przypominają ich fizyczne odpowiedniki – jeśli rzecz jasna mówimy o prawdziwych autach. To zresztą element, który można było pochwalić już przy okazji Hot Wheels Unleashed 1 i 2, ale teraz został on jeszcze bardziej dopieszczony. Można z łatwością rozróżnić plastikowe elementy, metaliczne karoserie i gumowe opony – każda część auta wygląda naprawdę ładnie. Kiedy jednak przestajemy patrzeć na samochód, sytuacja robi się trochę odmienna.
Otoczenie jest różnorodne i dobrze spełnia swoją funkcję, ale nie jest jakoś przesadnie szczegółowe. Budynki, elementy infrastruktury, drzewa czy same tory mogłyby wyglądać lepiej. Mam wrażenie, że Milestone mocno postawiło na dopieszczenie aut, a odpuściło nieco całą resztę. Modele drzew czy budynków są „plastikowe” z założenia, ale trochę słabo wyglądają w trakcie przemierzania miasta, bo sprawiają wrażenie pustych i źle oświetlonych – trochę, jak w Pokemon Z-A na Switchu 2.

Hot Wheels: Infinite Rush nie jest jednak brzydką grą: wręcz przeciwnie, bo podczas szybkiej jazdy całość prezentuje się sympatycznie i potrafi pozytywnie zaskoczyć. Problematycznie zaczyna się jednak robić, gdy spojrzymy na to, co jest poza autami i ich bezpośredniej okolicy. Na powyższym obrazku doskonale widać pełen przekrój grafiki – mamy zatem świetny model samochodu, naprawdę fantastycznie wyglądającą trawę, stylizowane na plastik drzewka oraz płaskie i puste budynki, które w większości nie mają żadnej głębi.
Optymalizacja mogłaby być lepsza
Oprawa graficzna nie jest jednak największym problemem Hot Wheels: Infinite Rush, bo w sumie oceniam ją raczej pozytywnie, mimo lekkiej „wyboistości”. Gorzej wypada optymalizacja. Grę testowałem na mocnym komputerze z GeForce RTX 5070 Ti oraz Ryzenem 7 9800X3D, czyli znacznie powyżej wymagań zalecanych przez producenta i raczej lepszym niż ten, który znajduje się w domu przeciętnego gracza. Przy rozdzielczości 4K, ustawieniach Ultra i DLSS w trybie wydajności mogłem liczyć tylko na około 110 FPS. Na pierwszy rzut oka ponad 100 klatek na sekundę oczywiście nie jest złym wynikiem, ale mówimy o karcie graficznej z wysokiej półki, bardzo mocnym procesorze i grze, która wizualnie nie ma w sobie niczego, co uzasadniałoby aż tak duże wymagania sprzętowe. Tym bardziej że mamy do czynienia z produkcją, w której wysoka liczba klatek powinna być jednym z priorytetów, bo to szybka, zręcznościowa wyścigówka.
Unreal Engine 5 daje o sobie znać
Infinite Rush korzysta z Unreal Engine 5, co u wielu graczy z automatu zapala lampkę ostrzegawczą i tym razem faktycznie obawy były uzasadnione. Podczas grania zaobserwowałem niewielkie ścinki, szczególnie podczas szybkiej jazdy po mieście. Nie są one jakoś szczególnie dramatyczne i przez większość czasu można cieszyć się płynną rozgrywką, ale co jakiś czas pojawia się charakterystyczne dla Unreal Engine „chrupanie”.

Na słabszym sprzęcie sytuacja robi się gorsza, bo na ROG Xbox Ally X, żeby utrzymać stabilne 60 FPS, musiałem zejść z ustawieniami do poziomu średniego przy 1080p i FSR w trybie jakości. To rozsądny kompromis dla przenośnego urządzenia, ale w sytuacji, gdy mówimy o nowej grze AAA z dobrą grafiką. Hot Wheels: Infinite Rush nie należy do najpiękniejszych tytułów na rynku, więc niespecjalnie mnie to zadowala.
Nie jestem też fanem efektów dźwiękowych, bo od razu rzuca się w oczy brak odpowiedniego akcentu przy niektórych kolizjach. Kiedy samochód wjeżdża z rozpędem w ścianę, oczekiwałbym wyraźnego trzasku czy innego, głośnego dźwięku kontaktu z przeszkodą. Tymczasem niektóre zderzenia brzmią, jakby coś tylko "pyknęło" w tle.
Na Switchu 2 jest jeszcze gorzej
Prawdziwa wisienka na tym torcie rozczarowania czeka jednak na osoby, które chciałyby grać w Hot Wheels: Infinite Rush na Nintendo Switch 2. Gra działa tu w 30 fps, zarówno w trybie przenośnym, jak i w doku – uważam, że naprawdę nie ma na to usprawiedliwienia. Rozumiałem taką decyzję w przypadku dwóch poprzednich gier studia, które wydano na pierwszym Switchu, bo faktycznie była to za słaba konsola na 60 klatek – ale Switch 2 to przecież zupełnie inna para kaloszy.

Nie chodzi nawet o to, że Switch 2 jest tak samo wydajny jak PS5 czy mocny komputer (bo nie jest, to jasne). Nie da się jednak ukryć, że Hot Wheels: Infinite Rush nie wygląda na tyle dobrze, żeby 30 kl./s było jedyną opcją. Przy podobnej stylistyce, jakości otoczenia i charakterze rozgrywki Mario Kart World potrafi działać w 60 fps-ach bez najmniejszego zająknięcia. Deweloperzy poszli tu moim zdaniem po linii najmniejszego oporu i zamiast "bawić się w optymalizację", po prostu obcięli liczbę klatek o połowę. Na dodatek jakość grafiki nie różni się wiele od tego, co możemy zobaczyć na pececie przy ustawieniach średnio-wysokich, więc spokojnie można było zmniejszyć nieco ilość detali.

Podczas rozgrywki responsywność sterowania jest dobra i nie mam większych zastrzeżeń do reakcji samochodu na wciśnięcia przycisków, więc jeśli Switch 2 jest waszą jedyną konsolą, to od biedy da się tak pograć. Na plus zaliczam także rozdzielczość, bo zarówno w docku, jak i przenośnie dostajemy 1080p bez większych oznak skalowania.
Problemem, który dotyka zarówno pecety, jak i Switcha 2 są irytująco długie czasy ładowania, ale na konsoli Nintendo jest to bardziej odczuwalne. Pierwsze uruchomienie gry potrafi zająć nawet ponad trzy minuty, zanim w ogóle będziemy mogli wcisnąć pedał gazu. Później również regularnie trafiamy na ekrany ładowania – przejścia pomiędzy aktywnościami, uruchomienie wyścigu czy powrót do mapy świata potrafią wymagać obejrzenia kolejnych loadingów.
Aktualizacje muszą coś zmienić
Znając dotychczasowy dorobek studia Milestone, nie wierzę, że na Switchu 2 dostaniemy tryb wydajności celujący w 60 fps, ale może chociaż uda się dodać opcję zabawy w 40 fps, która naprawdę dużo zmienia pod kątem płynności.
Wydaje mi się też, że wersja pecetowa potrzebuje trochę miłości pod kątem optymalizacji, bo jakość oprawy graficznej naprawdę nie uzasadnia tego, jak Hot Wheels: Infinite Rush korzysta z zasobów komputera. Wizualnie Hot Wheels: Infinite Rush oczywiście może się podobać, szczególnie najmłodszym fanom Hot Wheelsów, ale nie nastawiajcie się na fajerwerki – znowu jest po prostu solidnie.
W momencie publikacji tego tekstu (na parę dni przed oficjalną premierą) odradzam wam wybór wersji na Switcha 2, chyba że nie macie innego sprzętu do grania. 30 fps w takim tytule to po prostu przesada – szczególnie już, że większość "ścigałek" na tej platformie działa w 60 fps bez większych problemów.

![Hot Wheels: Infinite Rush cierpi od strony technicznej – 30 fps na Switchu 2 i przeciętna optymalizacja są problematyczne, mimo że sama gra jest ładna [RECENZJA TECHNICZNA]](https://pcformat.pl/wp-content/uploads/2026/09/page_bg_raw-1024x577.png)








0 komentarzy