Jak podaje Global Banking and Finance, we wrześniu zarejestrowano w analizowanych krajach lekko ponad 300 tys. samochodów elektrycznych zasilanych wyłącznie akumulatorami – a więc nie np. hybryd – a ich udział w rynku wyniósł 32,6 proc. Od stycznia do końca września takich rejestracji było 1,98 mln, czyli o 38,1 proc. więcej niż rok wcześniej.
Polska wśród europejskich maruderów
Największy udział samochodów elektrycznych odnotowano w Norwegii, gdzie stanowiły one 98,8 proc. wrześniowych rejestracji. Wysokie wyniki osiągnęły też Dania (88,8 proc.) i Finlandia (62,7 proc.). W Niemczech udział „elektryków” wyniósł 34,6 proc., a we Francji – 41,7 proc.
Na drugim końcu zestawienia znalazły się Czechy z wynikiem 11,2 proc., Włochy z 7,6 proc. oraz Polska, w której auta całkowicie elektryczne odpowiadały za zaledwie 6,2 proc. rejestracji. Średnia unijna w tym okresie to 21,7 proc., na jej tle wypadamy więc znacznie gorzej.
Spór o unijne limity emisji
Wzrost rejestracji zbiega się z negocjacjami nad unijnymi przepisami o emisjach z samochodów. Całkiem niedawno, bo 16 października i przy okazji szczytu UE w Brukseli, Francja i Niemcy uzgodniły wspólne stanowisko dotyczące przejścia na „elektryki”: wedle uzgodnień wcześniejsze cele na 2035 rok mają zostać poluzowane, ale w zamian przyjęte zostaną ostrzejsze reguły „Made in Europe”.
Według doniesień mediów chodzi m.in. o wymóg, by co najmniej 70 proc. komponentów samochodu, z wyłączeniem akumulatorów (które, nawiasem mówiąc, można skutecznie regenerować), pochodziło z Europy. Innymi słowy, europejska motoryzacja zaczyna się bronić przed ekspansją Chin, tyle że wciąż dość niemrawo i ledwie odwlekając przesiadkę na wciąż mało popularne – przynajmniej w części krajów – samochody elektryczne.











0 komentarzy