Przejdź do treści

Podatek na żywe trupy polskiej sceny muzycznej. Opłata reprograficzna to po prostu kpina

6 minut czytania

Mamy XXI wiek, a polskie państwo tylnymi drzwiami wprowadza nowy podatek. Opłata reprograficzna w teorii jest rekompensatą za dzielenie się muzyką w ramach dozwolonego użytku. Tyle że w zasadzie nikt już tego nie robi, a pieniądze częstokroć trafiają do ludzi o których dziś mało kto pamięta.

Słuchaliście ostatnio przebojów Zbigniewa Hołdysa? Nie? No to należycie do olbrzymiej większości Polaków. Jego utwory cieszą się w sieci tak „wielką” popularnością, że serwis ChartMasters nie był w stanie nawet oszacować liczby ich odbiorców, podając jedynie ogólną liczbę streamów w ostatnim miesiącu – było ich 2,3 tys (dane dla samego artysty, nie np. jego zespołów). Wspomniana witryna twierdzi, że polski Eric Clapton zarobił na nich zawrotną kwotę siedmiu dolarów. Cóż, złośliwe ośmielę się zauważyć, że nie dziwi mnie w tej sytuacji, iż w przeszłości dał się poznać jako orędownik walki z piractwem. Do takich właśnie artystów m.in. trafią zawrotne pieniądze, które Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ściągnie z rynku z wykorzystaniem nowych przepisów dot. opłaty reprograficznej.

Czym w ogóle jest opłata reprograficzna? Czy to podatek?

Wspomniana opłata reprograficzna to rekompensata dla artystów za dzielenie się ich twórczością w ramach tzw. dozwolonego użytku – a więc nie piractwa, a np. tego, że pożyczymy komuś nam bliskiemu płytę lub wykonamy przewidzianą prawem kopię zapasową nośnika. Opłata rekompensuje zatem utracone potencjalne dochody twórców wynikające z legalnego kopiowania ich dzieł.

Co do litery prawa nie jest podatkiem. Tyle że w praktyce różnica jest trudna do uchwycenia, a dla ludzi, którzy ją płacą – pomijalna. Te pierwsze przeznaczone są na pojmowany szeroko rozwój państwa, omawiana tu opłata zaś trafia do artystów za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ), jak np. ZAiKS. Innymi słowy, tu i tu państwo odbiera nam część pieniędzy, ale dla niepoznaki nazywa to inaczej – w gruncie rzeczy więc jest to to samo, tyle że po drodze mamy prawniczy skok przez definicyjne płotki, by jedno odróżnić od drugiego. Dla mnie rozbieżność to żadna – wszystko i tak sprowadza się do tego, że ktoś zabierze mi część moich pieniędzy, a potem przeznaczy je na ludzi, którzy dostaną jakiś tam ułamek tej kwoty tylko i wyłącznie dlatego, że kiedyś np. nagrali piosenkę. I, co gorsza, uzasadnienie takiego działania jest moim zdaniem żenująco wręcz naciągane.

Ile zapłacimy?

Nowa danina wyniesie 1% ceny urządzenia i obejmie m.in. smartfony, tablety, komputery, dekodery telewizyjne, różnej maści odtwarzacze, dyski twarde, karty pamięci oraz telewizory. Tym samym prawodawca rozszerza katalog towarów, do których wcześniej należały – i dalej należą – chociażby puste płyty CD/DVD, kasety czy czyste kartki do ksero. Uzasadnienie jest proste: skoro można za pomocą danego nośnika kopiować twórczość danego artysty, to trzeba mu rzucić grosz, żeby z tego powodu głodem nie przymierał.

Będąca twarzą tej zmiany minister Marta Cienkowska twierdzi, że dzięki temu posunięciu nowelizacja „aktualizuje katalog urządzeń objętych systemem opłat tak, aby pozostawał adekwatny do rzeczywistych sposobów korzystania z treści chronionych prawem autorskim”. Chciałem to jakoś mądrze skomentować, ale ile razy nie nie próbowałem, to spod palców wylewały mi się słowa, których bałbym się użyć przy babci. Pozwólcie jednak, że spróbuję jeszcze raz.

Pani Minister! My chyba naprawdę w różnych rzeczywistościach żyjemy.

Dlaczego to ja mam płacić?

Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio w JAKIKOLWIEK sposób skorzystałem z przysługujących mi praw w ramach tzw. dozwolonegi użytku. Skojarzyłem jedną tylko sytuację: rok temu naprawiałem dach na działce i muzyka, którą wtedy włączyłem, przez płot docierała do sąsiada, który nawet, o dziwo, skomplementował nordycki folk, jaki wybrał dla mnie Deezer. Może to będzie dla ministerstwa szok – ale dziś już chyba nikt muzyki czy filmów nie kopiuje. Jak świat długi i szeroki, korzystamy z chmury, gdzie materiały tego rodzaju dostępne są na żądanie, a z tantiemów rozliczają się właściciele platformy.

Naturalnym krokiem w takich okolicznościach byłoby szukanie pieniędzy dla artystów właśnie tam: u gigantów technologicznych, którzy zapośredniczyli serwowanie treści, zyskując w zasadzie monopol w tej materii. Najwyraźniej jednak łatwiej jest szarpnąć za kieszeń zwykłych ludzi, domniemując co najwyżej, że ci mają techniczną możliwość kopiowania treści objętych prawem autorskim.

Bo mają, nie przeczę – to jednak jest założenie tyleż prawdziwe, co idiotyczne. Kopiowanie umarło wraz z ułatwionym dostępem do wspomnianych treści: postęp technologiczny skutecznie zabił potrzebę korzystania z dozwolonego użytku. Zostało piractwo, którego przecież instytucja ta nie pokrywa.

Komu będziemy płacić?

Nie ukrywam, że mój wewnętrzny sprzeciw – może niesłusznie – budzi też kwestia tego, do kogo zebrane pieniądze pójdą. ZAiKS i pokrewne mu instytucje na przestrzeni ostatnich lat wsławiły się głównie tym, że ścigały drobnych przedsiębiorców, np. za puszczanie muzyki w salonie fryzjerskim. To nie są państwowe instytucje, nie działają przejrzyście – a to właśnie do nich pójdą kwoty liczone w setkach milionów złotych.

Klucz, według którego rozdzielane będą te pieniądze, oparty jest na zestawieniach statystycznych od nadawców i organizatorów imprez oraz – jeśli te nie są dostępne, co chyba jednak ma miejsce częściej – wewnętrznych estymacjach danej organizacji. Można się spierać, czy jest to uczciwe założenie, czy nie – ale ja przychylam się ku tej drugiej tezie. Trzeba jednak zaznaczyć, że istnienie tego rodzaju rozwiązania narzuca nam Unia. To jednak niewielka cena za cywilizacyjny skok, jaki Polsce daje uczestnictwo w strukturach UE – fakt ten nie ulega najmniejszej wątpliwości. Trzeba się z tym niestety nauczyć żyć.

Nie zmienia to wszystko jednak faktu, że czystej wody głupotą jest umacnianie nieprzejrzystego, opartego na nieaktualnych założeniach systemu, który istnieje tylko po to, żeby jakiś zapomniany przez publikę i historię artysta odcinał kupony od dawnej popularności. Socjalizm się skończył i wymuszony przez państwo podatek dla niepoznaki nazwany opłatą to relikt przeszłości, zwłaszcza już, że zasili konta ludzi, którzy nierzadko np. nie myśleli o przyszłości lub wręcz przehulali majątki, a teraz wyciągają ręce po to, co „im się należy”. To jednak moje prywatne zdanie.

Najpierw haracz, a potem się zastanowimy, co dalej

Na koniec ciekawostka. Jak państwo próbuje zabezpieczyć te potężne pieniądze przed rozgrabieniem? Zgadliście, obietnicami. Zresztą, czytajcie sami: „Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego w najbliższych dniach skieruje do wszystkich OZZ wystąpienie nadzorcze wskazujące na konieczność należytej kontroli kosztów poboru, podziału i wypłaty środków z opłat wprowadzonych na mocy podpisanego dziś rozporządzenia. Resort nie będzie akceptował sytuacji, w której zwiększone wpływy z opłat zostaną wykorzystane do nieuzasadnionego wzrostu kosztów własnych organizacji”.Całość można streścić w ten sposób: nu nu nu, tylko mi tu nie kraść! – bo przepisów nakładających przejrzystość na ZAiKS i inne OZZ oczywiście nie ma. Mają się pojawić do końca roku.

A tu mi ruski czołg jedzie. I strzela w broniącego konstytucję Hołdysa, o!

0 komentarzy

Zostaw komentarz