Zbyt mała dostępność półprzewodników powoli paraliżuje gospodarkę.
Światowy niedobór półprzewodników miał być przejściowy, ale jego skala wciąż rośnie. Braki w magazynach odbijają się na każdej dziedzinie produkcji od konsol poprzez karty graficzne, smartfony czy nawet samochody. Sytuacja wygląda gorzej z każdym dniem, a jej początkiem jest zamknięcie fabryk.
Pomimo tego, że produkcja wróciła do normy, sytuacja epidemiologiczna wymusza m.in. pracę i naukę zdalną, które mocno wpłynęły na wzrost zapotrzebowania związanego z technologiami. Głośne premiery np. 5G czy konsol nowej generacji dodatkowo napędziły szał sprzedażowy – i postawiły nie nadążającą z produkcją gospodarkę na krawędzi załamania. Skutkiem tego są niedobory sprzętu i kolejne opóźnienia premier wielu urządzeń.
– Obecnie chipy są wszystkim – stwierdza Neil Campling, analityk ds. mediów i technologii z firmy Mirabaud. – Popyt wzrósł do poziomu, za którym nie da się nadążyć, a gdy wszyscy są w kryzysie, sytuacja tylko się pogarsza – zauważa. Sytuacja niekoniecznie musi oznaczać zapaść branży technologicznej. Przykładem mogą być koncerny motoryzacyjne. General Motors ogłosił, że powinien osiągnąć w tym roku 2 miliardy dolarów zysku, podczas gdy np. fabryka Nissana z powodu niedoborów niemal nie pracuje – mała podaż przy dużym popycie prowadzi bowiem do wzrostu cen.
To deklaracja interesująca, zważywszy że branża motoryzacyjna jako mniejszy klient (w samochodach nie stosuje się aż tylu półprzewodników co w konsolach czy telefonach) została przez dostawców umieszczona na końcu kolejki. Fabryki zaspokajają najpierw potrzeby dużych klientów takich jak Apple, które rocznie składa zamówienia na ok. 56 miliardów dolarów.
Problemy z produkcją zapowiada też Sony i Microsoft. Obie firmy borykają się z niską podażą konsol. Premiery swoich nowych telefonów najprawdopodobniej będzie musiał opóźnić też Samsung. To sytuacja o tyle ciekawa, o ile firma produkuje własne półprzewodniki i sprzedaje swoje produkty innym podmiotom, zyskując na tym 56 miliardów dolarów, a sama generuje zapotrzebowanie na komponenty o wartości 36 miliardów dolarów. Jak widać, rezygnacja z produkcji na cele handlowe też nie jest w pełni opłacalna.
Czy jest zatem jakieś światełko w tunelu? Rozwiązaniem problemu ma być budowa nowych fabryk. Problem w tym, że proces uruchomienia nowej linii produkcyjnej jest na tyle złożony, że może potrwać w przypadku niektórych procesów technologicznych aż 2 lata. Choć sytuacja miała się poprawiać, nieustanny wzrost cen podzespołów pokazuje, że wcale nie przybliżamy się do poprawy sytuacji. Na wiosnę raczej nie będzie pod tym względem wiele lepiej.
0 komentarzy