Przejdź do treści

W „Hydration break” wcale nie chodzi o piłkarzy, to najlepsza okazja dla sponsorów

4 minuty czytania

Mistrzostwa Świata w USA, Kanadzie i Meksyku wprowadziły "przerwy na nawodnienie", które okazały się przykrywką dla sponsorów. Piłkarzom się to nie podoba, a kibice w Polsce nie widzą różnicy.

Piłka nożna nieustannie ewoluuje, ale raczej wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni, że mecz trwa 90 minut, a po 45. minucie następuje 15 minut przerwy. Podczas Mistrzostw Świata w USA, Kanadzie i Meksyku ten schemat został jednak zaburzony, a pod przykrywką troski o zdrowie piłkarzy, kryją się gigantyczne zyski dla reklamodawców oraz „amerykanizacja” futbolu.

Cztery kwarty i reklamy

Oglądając mecze aktualnego mundialu można się dość mocno zdziwić, bo po około 22 minutach pierwszej i drugiej połowy, piłkarze przestają grać i schodzą do linii bocznej na około 3 minuty, by napić się wody. Taka przerwa została ochrzczona mianem „hydration break” (po polsku dosłownie „przerwa na nawodnienie”) i musi być stosowana w każdym meczu Mistrzostw Świata, nawet jeśli na stadionie wcale nie jest ciepło.

Z pozoru ma to sens, bo np. w Teksasie upały potrafią być naprawdę nieznośne, ale już w innych miejscach kontynentu jest znacznie przyjemniej. Okazuje się, że hydration break, to znakomity moment na pokazanie… bloku reklamowego w telewizji. Choć polscy widzowie tego nie dostrzegą, bo w transmisjach TVP nie ma żadnych reklam w trakcie meczu i widz ma po prostu podgląd na murawę i zawodników rozmawiających z trenerem przy linii bocznej boiska.

Były reprezentant Anglii Ian Wright trafnie skomentował to na antenie brytyjskiej stacji ITV: „Uważam, że to kolejny sposób na wprowadzenie reklam z amerykańskiej perspektywy”. Bo w ślad za reklamami idzie też „amerykanizacja” piłki nożnej. Były amerykański piłkarz – Alexi Lalas – (prawdopodobnie celowo) dodał wpis na platformie X w trakcie „hydration break” podczas meczu Meksyku z RPA, w którym stwierdził, że „Pod koniec pierwszej kwarty Meksyk prowadzi 1-0 z RPA”. Amerykanie są bowiem przyzwyczajeni do tego, że pod koniec każdej kwarty meczu NBA, na ekranach ich telewizorów pojawiają się reklamy. Tak samo jest aktualnie w przypadku meczów piłki nożnej.

W sieci pojawiły się wpisy zdenerwowanych widzów, którzy narzekali, że w amerykańskich stacjach telewizyjnych podczas przerw na nawodnienie pojawiały się bloki reklamowe, które często przeciągały się do tego stopnia, że piłkarze zdążyli już nawet wznowić mecz. To wszystko pomimo tego, że według wytycznych FIFA transmisje powinny być wznawiane 30 sekund przed powrotem piłkarzy na murawę.

W grze są wielkie pieniądze

Generalnie nie ma konsensusu co do tego czy przerwy na nawodnienie są dobre, czy złe. Większość widzów ich nie lubi, bo psują naturalną „płynność” meczu. Wydaje się też, że piłkarze nie są nimi zachwyceni, bo jak zauważa Virgil van Dijk (stoper reprezentacji Holandii): „Jeśli jest naprawdę gorąco, oczywiście dobrze jest je wdrożyć, ale musisz patrzeć na każdy mecz osobno, w mojej opinii„, co sugeruje, że Holender nie jest zwolennikiem przerywania meczu rozgrywanego np. w temperaturze 19 stopni Celsjusza, a prędzej takiego w teksańskim słońcu i 36 stopniach. Z kolei trener Belgów – Rudi Garcia – zachwala je i uważa, że to świetna okazja do przekazania piłkarzom dodatkowych instrukcji.

Te argumenty sportowe i zdenerwowanie widzów są jednak mało ważne na tle potencjalnych zysków z reklam. Z raportu Wall Street Journal wynika, że amerykańska stacja FOX zarabia z reklam około 200 tysięcy dolarów na każdej przerwie na nawodnienie w meczu fazy grupowej i aż 750 tysięcy dolarów, gdy gra reprezentacja USA. Jak wyliczył portal Awful Announcing, każde „hydration break” może pomieścić do czterech reklam, co daje miejsce na osiem spotów reklamowych na mecz. Przy 104 meczach Mistrzostw Świata daje to potencjalnie 832 reklamy, które Fox może sprzedać. Zakładając średnią cenę 300 tysięcy dolarów za jeden spot, Fox może zarobić około 250 milionów dolarów tylko na przerwach na nawodnienie. Takie sumy pozwalają zrozumieć dlaczego stacje telewizyjne bronią takich przerw nawet w przypadku meczów, które w ogóle ich nie potrzebują.

Reklamy to obecnie potężne źródło zysku i chyba nikt na świecie nie sprzedaje ich tak dobrze, jak Amerykanie. Co ciekawe, podobne zabiegi mające na celu zwiększenie zysków stosowane są już w grach. Dosłownie wczoraj Electronic Arts ogłosiło, że w ich produkcjach zaczną pojawiać się dynamiczne reklamy w czasie rzeczywistym za sprawą platformy EA Advertising. W dużym skrócie oznacza to, że w EA FC 26 (i zapewne także w przyszłych edycjach) będą pojawiać się reklamy prawdziwych produktów np. na bandach reklamowych wokół stadionów czy koło wyników meczu – tak, jak w prawdziwej telewizji.

0 komentarzy

Zostaw komentarz