Przejdź do treści

Revolut padł ofiarą oszustwa. Dane personalne i transakcje bitcoinem wyciekły w wyniku sfałszowanego wniosku

3 minuty czytania

Revolut przekazał dane swoich użytkowników w niepowołane ręce, sądząc, że robi to na wniosek jednej z państwowych agencji.

Revolut, popularny wirtualny bank działający również na terenie naszego kraju, potwierdził incydent, w którego ramach w ręce oszustów podszywających się pod rządowy organ trafiły dane klientów tytułowej instytucji. Jak przekazano, naciągacze użyli autentycznej domeny e-mailowej agencji państwowej, co uśpiło czujność pracowników platformy i skłoniło ich do wydania m.in. paszportów, zdjęć weryfikacyjnych oraz historii transakcji dokonywanych przy użyciu bitcoina. Choć Revolut zapewnia, że środki klientów są bezpieczne, wyciek objął wrażliwe dane, to zaś wiąże się z ryzykiem spersonalizowanych ataków phishingowych.

Przebieg ataku i zakres wycieku danych z Revoluta

Wedle informacji przytoczonych na łamach portalu BeInCrypto, do wyłudzenia informacji doszło po tym, jak oszuści skierowali do Revoluta wniosek o udostępnienie danych, wysłany z prawdziwej domeny e-mailowej należącej do agencji rządowej. Wiadomość zawierała prawidłowe poświadczenia, co skłoniło systemy oraz pracowników banku do uznania wniosku za autentyczny. Jak się później okazało i do czego też bank się sam przyznał – okazało się to błędem.

Z informacji ujawnionych przez firmę oraz z powiadomień wysłanych do poszkodowanych wynika, że złodzieje weszli w posiadanie skanów paszportów, praw jazdy, adresów, danych kontaktowych (e-maili i numerów telefonów) oraz zdjęć weryfikacyjnych. Przekazane dane obejmowały również pełną historię wpłat i wypłat w kryptowalucie bitcoin.

Revolut zapewnił, iż numery PIN, hasła, dane logowania oraz wzorce telemetryczne twarzy pozostają bezpieczne i nietknięte, podobnie zresztą jak środki przechowywane na kontach.

Po wykryciu incydentu firma zablokowała nadawcę wiadomości, zawiadomiła odpowiednią agencję rządową (miejmy nadzieję, że tym razem prawdziwą), policję, organy ochrony danych osobowych oraz nadzór finansowy, a także skontaktowała się z ograniczoną grupą dotkniętych klientów.

Nie wiadomo, kto był nadawcą wiadomości

Revolut odmówił ujawnienia, o jaką agencję rządową chodzi, powołując się na toczące się śledztwo policyjne. W efekcie nie jest obecnie jasne, czy doszło do przejęcia skrzynki pocztowej organu państwowego przez hakerów, czy też wiadomość została wysłana przez osobę rzeczywiście związaną z daną instytucją. Ba nie wiadomo nawet, z którym państwem związana jest opisywana afera.

Na wyciek zwrócił uwagę znany badacz blockchaina ZachXBT, który zauważył, że atak objął wąską, precyzyjnie wyselekcjonowaną grupę zamożnych użytkowników platformy. Podkreślono przy tym, iż mimo że Revolut określa incydent jako zaawansowany atak zewnętrzny, w rzeczywistości sprowadzał się on do zaakceptowania sfałszowanego wniosku przesłanego z oficjalnej skrzynki pocztowej organów ścigania.

Pokłosie ataku i wynikające z niego zagrożenia

Wyciek tak szczegółowych informacji stanowi poważne niebezpieczeństwo dla osób, których dane zostały przekazane przestępcom. Jako że wśród udostępnionych informacja znalazły się szczegółowe dane osobowe, mogą one zostać wykorzystane do przeprowadzenia ukierunkowanych ataków phishingowych. Aby zmniejszyć ryzyko zostania ofiarą naciągaczy, powinniśmy mieć się na baczności i z rezerwą podchodzić do wszelkich nietypowych wiadomości, szczególnie tych próbujących nas nakłonić do wejścia w interakcję z linkiem.

Sprawa wciąż jest w toku, niemniej na czas trwania śledztwa Revolut powstrzymał się od udostępniania bardziej szczegółowej informacji w kontekście wycieku.

0 komentarzy

Zostaw komentarz