Przejdź do treści

„Alarm nuklearny”. Hakerzy wysłali Ukraińcom fałszywy komunikat. Niedługo później to samo przeczytali Rosjanie

3 minuty czytania

Wieczorem 1 listopada użytkownicy ukraińskiej aplikacji Air Alert otrzymali fałszywe ostrzeżenia o ataku nuklearnym, skażeniu radioaktywnym i zagrożeniu chemicznym. Choć Ukraińcy mają swoje podejrzenia, sprawców nie ustalono.

Wesprzyj redakcję i dodaj PC Format do ulubionych źródeł w Google. To dla nas bardzo ważne!

W czasie, gdy my byliśmy na cmentarzach, aplikacja Air Alert zaczęła wysyłać Ukraińcom powiadomienia o nieistniejących zagrożeniach. Doniesienia te mogły zmrozić krew w żyłach: dotyczyły bowiem ataku nuklearnego, skażenia radioaktywnego, użycia broni chemicznej, a także walk ulicznych w Kijowie. Według CBS News powiadomienia dotarły do milionów osób.

Komunikat po rosyjsku

Fałszywe komunikaty były pisane po rosyjsku. Jeden z nich brzmiał w tłumaczeniu:

Cześć! Zaraz zostanie ogłoszony alarm nuklearny w całej Ukrainie. Nie martwcie się, Oresznik jest w drodze.

Komunikat rozesłany za pomocą aplikacji Air Alert

Wiele osób potraktowało go jako oczywistą prowokację, a w sieci pojawiły się memy z komunikatów. Szybko zareagowały też Siły Powietrzne Ukrainy, pisząc, że aplikacja prawdopodobnie padła ofiarą „wrogiej ingerencji“, i podkreśliły, że nie ma zagrożenia radiacyjnego. Poprosiły o zachowanie spokoju i śledzenie oficjalnych informacji.

Twórcy: w aplikację ingerował ktoś nieuprawniony

Twórcy Air Alert potwierdzili, że winę za prowokacyjny komunikat ponoszą nieuprawnione osoby, które zdobyły do niej dostęp. Fałszywe alerty zniknęły po około godzinie, a około 2:00 w nocy aplikacja zaczęła stopniowo wracać do działania. Twórcy zapowiedzieli dodatkowe zabezpieczenia i zapewnili, że program nie przechowuje danych osobowych.

Część władz regionalnych ostrzegała też, że atak mógł mieć element phishingu. Gubernator obwodu winnickiego apelowała, by nie klikać w linki w wiadomościach. Do tego samego wezwała Państwowa Służba Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych.

Co z systemem alarmowym?

Aplikacja, o której mowa, jest ważna dla milionów Ukraińców, ale nie należy do Sił Powietrznych i w praktyce jest niczym innym, jak tylko dodatkowym kanałem ostrzegania. Rzecznik Sił Powietrznych Jurij Ihnat zapewnił, że incydent nie wpłynął na działania związane z bezpieczeństwem i że Air Alert nie jest powiązana z wojskowymi systemami dowodzenia.

Ministerstwo Transformacji Cyfrowej podało, że pozostałe kanały ostrzegania działały sprawnie, a mieszkańcom Kijowa zalecono korzystanie z aplikacji Kyiv Digital, która w tym czasie nie odnotowała zewnętrznych ingerencji. Nie zmienia to jednak faktu, że jak podaje Kyiv Independent zdarzały się jednak fałszywe alarmy w postaci syren, które zabrzmiały w kilku miejscach kraju, m.in. w obwodzie zakarpackim. Przed północą Państwowa Służba ds. Sytuacji Nadzwyczajnych poinformowała, że krajowy system alarmowy działa normalnie. To jednak nie koniec.

Fałszywe alarmy także w Rosji

We wczesnych godzinach 2 listopada rosyjskie Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych poinformowało o „masowym cyberataku“ na swoją aplikację mobilną – i tutaj powtórzył się ukraiński scenariusz: pojawiły się doniesienia o rzekomym wystrzeleniu głowic nuklearnych w kierunku wszystkich regionów Rosji. Odbiorcom doradzano też, by zgromadzili zapasy żywności na trzy tygodnie i znaleźli schronienie w piwnicach. Reuters zwrócił uwagę, że również w tym wypadku fałszywa wiadomość nie naśladowała oficjalnego stylu, a zawierała kolokwializmy, wulgaryzmy i obraźliwe określenia pod adresem Rosji.

Ministerstwo przekazało, że pracuje nad usunięciem luki i przywróceniem normalnego działania. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow skomentował sprawę ogólnie, mówiąc, że zasoby elektroniczne rosyjskich instytucji państwowych są stale atakowane.

Kto za tym stoi? Sprawców nie ustalono

Ukraińskie Centrum Komunikacji Strategicznej (SPRAVDI) wprost wskazało Rosję jako odpowiedzialną za atak na Air Alert. Kto konkretnie? Istnieją dwie hipotezy: w jednym z fałszywych komunikatów w Ukrainie pojawiła się nazwa grupy Hitcore, a prorosyjski kanał Mash twierdził, że rozmawiał z jej przedstawicielami i że to oni przyznali się do włamania. W przypadku Rosji z kolei zrzut ekranu fałszywego alertu z komentarzem, że aplikacja ministerstwa została zhakowana, pojawił się na kanale Telegramu grupy hakerskiej Atesh.

Nie ma oczywiście potwierdzenia, że oba incydenty były ze sobą skoordynowane ani w jakikolwiek sposób powiązane. Równie dobrze mógł to być po prostu „wet za wet” i działania pokazujące, że dziś naprawdę niewiele trzeba, by wywołać panikę. Równie niedużo trzeba, by wywołać zainteresowanie, o czym świadczy choćby fakt, że Rosjan na Halloween… atakowały duchy.

Wesprzyj redakcję i dodaj PC Format do ulubionych źródeł w Google. To dla nas bardzo ważne!

0 komentarzy

Zostaw komentarz