Przejdź do treści

Jakość zdjęć bije na głowę wszystko, co widziałem do tej pory. Vivo X300 Ultra po miesiącu użytkowania – test

8 minut czytania

Szukasz telefonu z najwyższej półki, który cechuje się niesamowitymi możliwościami foto? Możesz przestać: miesiąc z Vivo X300 Ultra sprawił, że ten telefon mnie po prostu oczarował. I to pod wieloma względami. Ale ponarzekać też można, choćby na cenę.

Ten nowy flagowiec coraz mocniej zaznaczającej swą obecność na polskim rynku firmy Vivo robi wrażenie. Nie dość, że mamy specyfikację, która budzi zazdrość konkurencji, to jeszcze producent uzupełnia całość modułem tele, który znacząco poszerza i tak niemałe możliwości fotograficzne tego smartfona. Czy jednak warto wydać niecałe 10 tys. złotych? Przekonajmy się.

Konfiguracja z najwyższej półki

Pozwólcie, że tym razem nie będę przynudzał na temat konfiguracji. Całość to po prostu topka – mamy procesor Qualcomm Snapdragon 8 Elite Gen 5, który co prawda throttluje, ale nie jest to karygodny poziom (61% stabilności według testów 3D Mark), pula pamięci budzi podziw, bo dostajemy 16 GB RAM-u i 1 TB flasha. Ekran? Wielki LTPO AMOLED o przekątnej 6,82 i odświeżaniu sięgającym do 144 Hz. Poza tym są świetne głośniki, fajna, zniuansowana wibracja i świetne możliwości związane z zasilaniem.

Vivo X300 Ultra

Przede wszystkim: akumulator z anodą krzemowo-węglową. Pojemność 6600 mAh starczała mi na niecałe dwa dni typowego użytkowania, a po dość intensywnym dniu focenia zostawało 20-30% – co jest wynikiem bardzo przyzwoitym. Mówiąc zaś nawiasem, nieużywany telefon… rewelacyjnie trzyma stan baterii. Vivo X300 Ultra może leżeć parę dni i w tym czasie nie umrze, jak to bywa często w przypadku choćby Xiaomi. Dzięki ładowaniu 100 W mogłem zaś „zatankować” urządzenie w niecałe 50 minut, z czego do 50% telefon dobijał w jakieś 20 minut. Innymi słowy, to sprzęt, który działa długo, a w razie potrzeby przywrócenie go do życia zajmie parę chwil.

Vivo X300 Ultra

Ponarzekać można co najwyżej na desing. Wyspa aparatów jest tu naprawdę wielka i wyraźnie odstająca od reszty obudowy. Na początku tez wyraźnie ciążyła mi w dłoni – wyważenie całości było dla mnie umiarkowanie wygodne i musiałem się do tego przyzwyczaić. Podobny efekt dawało się odczuć wcześniej, choćby przy Xiaomi 11 Ultra – i tu jest podobnie. Na szczęście nie zaliczam się do osób obdarzonych małymi dłońmi, koniec końców więc szybko przywykłem – no ale inni mogą mieć problemy.

Zabawa aparatem to czysta przyjemność

Przejdźmy jednak do tego, co tutaj najważniejsze – czyli do aparatu. Patrząc przekrojowo, od razu widać, że dostajemy zestaw z najwyższej półki. Główny moduł to 200 Mpix (f/1.9, 1/1,12”) – co ciekawe, ogniskowa w tym przypadku to aż 35 mm, przez co przeskok między nim a „słoiczkiem” ultraszerokokątnym jest bardzo wyraźny i do tego jednak musiałem najpierw trochę przywyknąć: zmiana kąta widzenia jest tu inna niż na ogół w smartfonach. Moduł tele (f/2.7, 1/1,4”) zaskoczył mnie taką samą liczbę megapikseli, ale już zoom optyczny ×3,7 jest standardem branżowym – na pocieszenie jednak mamy możliwość pracy w trybie makro 3,4:1. Tylny komplet zamyka zaś obiektyw ultraszerokokątny wyposażony w – uwaga – matrycę 50 Mpix. Tyle samo zresztą znajdziemy z przodu.

W praktyce spisuje się to wszystko rewelacyjnie niezależnie od pory dnia. Co prawda dalej dostrzegam delikatne różnice w kolorystyce zdjęć pomiędzy obiektywami – ale nie zmienia to jednak faktu, iż jakość zdjęć jest fenomenalna. Szczególnie dobrze na tle konkurencji odznacza się tu wspomniany obiektyw ultraszerokokątny, który w mojej ocenie nareszcie staje się pełnoprawną częścią zestawu, a nie tylko dodatkiem. Cykałem nim foty niezależnie od okoliczności, a efekty, zwłaszcza wieczorem, były wyśmienite. W galeriach obok znajdziecie m.in. fotografie robione z kolejnymi predefiniowanymi stopniami przybliżenia, zwróćcie uwagę na ogniskową i kolorystykę.

A czy można się do czegoś przyczepić? Cóż, zależy od gustu. Widać, że zdjęcia poddawane są mocnej obróbce, a całość – jeśli wybierzemy tryb krajobrazu – niekiedy mocno ucieka w ciepłe kolory. Szczególnie rzuciło mi się to w oczy w okolicach zachodu słońca: aparat ma tutaj tendencję do przesadzania z podbijaniem żółci, pomarańczy i czerwieni – w ten sposób częstokroć dostawałem bardziej „widokówki znad morza” niż zdjęcia stawiające na realizm sceny. Kwestia gustu, ot – ale warto mieć to na uwadze. Ogółem mogę rzec, że jest na pewno bardziej „instagramowo” niż w przypadku choćby ostatniego Pixela Pro rodem z Google’a.

Z niekłamaną przyjemnością odkryłem za to, że Vivo poradziło sobie z problemem odblasków, które trapiły poprzednią linię – nic takiego tu nie znajdziecie. Zresztą, porównując zdjęcia z X200 Pro i X300 Ultra, widać też, że w tym drugim przypadku jest po prostu jaśniej – producent tym mocniej więc stawia na udaną fotografię nocną. Co bardzo mi się, rzecz jasna, spodobało.

Poniżej zaś ciekawostka: z grubsza ten sam kadr i piewrsze zdjęcie z Vivo X300 Ultra w trybie krajobrazu (a więc po wewnętrznej obróbce), drugie z kolei to surowa fotografia wykonana aparatem Canon EOS R7 z podstawowym obiektywem 18-150 mm. Wyraźnie widać, że software Vivo mocno „podkręca” zdjęcia.

Vivo X300 Ultra
Canon EOS R7

Opcjonalny zestaw fotograficzny

To jednak nie koniec zabawy. Dopłacając 1000 zł, możemy rozszerzyć możliwości tego potwora o zestaw fotograficzny w postaci obudowy, gripu i telekonwertera o ekwiwalencie ogniskowej 400 mm. Przyznaję, trochę sceptycznie do tego podchodziłem, ale w praktyce komplet ten dał mi mnóstwo frajdy i rzeczywiście przyniósł nowe możliwości. Zacznijmy jednak od minusów.

Vivo X300 Ultra z zestawem fotograficznym

Zasadniczo trzeba się pogodzić w tym wypadku z noszeniem dodatkowych gratów. Z obudowy, na której osadzamy grip i moduł tele na szczęście można korzystać jak z każdej innej – tyle że jest cięższa. Odpinane „trzymadełko” też dodaje trochę do ogólnej masy, trochę również przeszkadza w codziennym użytkowaniu – można jednak do niego przywyknąć. Najgorzej wypada wspomniany telekonwerter. To „rura”, którą zakładamy, korzystając z trzech ząbków mocujących – z czego jeden jest tylko minimalnie szerszy i trzeba trafić nim w jeden odpowiednio większy od pozostałych otwór na obudowie. A to już bywa trudne i sprowadza się za każdym razem do kombinacji. W zasadzie przez cały okres zabawy tym zestawem nie udało mi się nauczyć szybkiej instalacji tego obiektywu. Całość zaś wygląda… dziwnie i wzbudza też zaciekawione spojrzenia ludzi na ulicy – to jednak przeszkadzało mi oczywiście najmniej.

Zdjęcie zrobione z mieszkania z wykorzystaniem telekonwertera, odległość – kilkanaście metrów. Weźcie pod uwagę, że scena była mocno zacieniona.

Software telefonu oddaje do naszej dyspozycji cztery predefiniowane ogniskowe – podstawową, czyli ekwiwalent 400 mm, potem zaś mamy cyfrowe powiększenie do poziomu 800, 1600 i 3200 mm, pomiędzy którymi możemy dodatkowo „wykręcić” z wykorzystaniem interfejsu aparatu dowolną wartość pośrednią. Tyle że szybko się przekonałem, iż powyżej 800 mm nie ma co wychodzić. Raz, że jakość zdjęć spada wówczas bardzo wyraźnie i pojawiają się problemy z ostrością, dwa – drgania ręki w praktyce nie pozwalają sprawnie robić użytku z najwyższych wartości, a szczególnie już ze wspomnianego maksimum.

Za to 800 mm jest już jak najbardziej akceptowalne i naturalne. W tym wypadku częstokroć ubytki w detalach fotografowanych obiektów określiłbym jako pomijalne – w tej ogniskowej „fociłem” sobie bez większego stresu. Powyżej widzicie kolejno 400, 800, 1600 i 3200 mm.

A możliwości? Cóż, ogromne! Chcąc takiego samego „zooma” np. w systemie Canona, trzeba wyłożyć na stół jakieś 17 tys. zł za komplet EOS R7 + RF 100-500 mm z serii L. Oczywiście nie ma się co oszukiwać – jakość w takim wypadku będzie lepsza, mówimy wszakże o topowej zmiennej ogniskowej podpartej do tego naprawdę już porządnym body. Tu dostajemy zdjęcia odstające od tego poziomu – fakt ten nie ulega wątpliwości. Tyle że sądzę, iż w praktyce niemal każdy amator będzie tak czy inaczej zadowolony, zwłaszcza już, że nie trzeba ich obrabiać i zarejestrowany obraz dostajemy w przeciwieństwie do „bezlustra” w formie gotowej.

Ogniskowa 400 mm

Pewnie, można się tu krzywić na pewną utratę ostrości czy widoczne zwłaszcza na brzegach zdjęć aberracje różnego rodzaju wynikające z jakości optyki telekonwertera – no ale nie oszukujmy się: to nie jest profesjonalny obiektyw, a raczej dodatek pozwalający wyciągnąć z telefonu jeszcze więcej niż obiecuje nominalna specyfikacja. Jeśli ktoś lubi fotografować i stać go na wyłożenie w istocie niewielkiej w kontekście zakupu telefonu kwoty, to powinien być zadowolony.

Podsumowanie

Ten telefon kosztuje astronomiczne pieniądze – fakt ten nie ulega wątpliwości i mnie osobiście na niego po prostu nie stać. W zamian dostajemy jednak urządzenie, z którego korzystałem z niekłamaną przyjemnością. Vivo naprawiło niemal wszystkie bolączki, które doskwierały poprzedniej linii telefonów, Ultra zaś jest po prostu szczytem możliwości technicznych tego producenta.

Tyle że wspomniany pułap cenowy w praktyce sięga już półki, na której znajdują się naprawdę przyzwoite aparaty bezlusterkowe. W istocie stoimy więc przed wyborem: czy kupujemy wszystko w jednym, czy stawiamy na specjalizację, kolejny grat do dźwigania i konieczność – nie oszukujmy się – obróbki zdjęć z dedykowanego sprzętu. Jakość będzie lepsza, bez dwóch zdań, ale pewnym kosztem – i czasowym, i finansowym. Wasz wybór. Sam zaś telefon Vivo X300 Ultra to obecnie topka pod każdym względem.

Akcesoria, które „przyczepiamy” do smartfona.

Cena: 8499 zł, z zestawem foto 9499 zł

Dostarczyło: Vivo

VIVO X300 ULTRA – PARAMETRY

System: Android 16 + OriginOS 6 • Procesor: Qualcomm Snapdragon 8 Elite Gen 5 • Grafika: Adreno 840 • Ekran: LTPO AMOLED, 6,82”, 1440 × 3168, 144 Hz, szczytowo do 4500 nitów • Pamięć: 16 GB RAM-u, 1 TB flasha • SIM: 2 × nanoSIM lub 2 × nanoSIM lub nanoSIM + eSIM • Komunikacja: 5G, Wi-Fi 7, Bluetooth 6.0, NFC, USB-C 3.2 • Akumulator: z anodą krzemowo-węglową, 6600 mAh, niewymienny, ładowanie 100 W, bezprzewodowe ładowanie 40 W, ładowanie zwrotne • Aparat: tylny – główny 200 Mpix, f/1.9, 1/1,12”, PDAF, gimbal OIS; moduł tele 200 Mpix, f/2.7, 1/1,4”, PDAF, OIS, zoom optyczny ×3,7, makro 3,4:1; ultraszerokokątny 50 Mpix, f/2.0, 1/1,28”, 116˚ ; przedni – 50 Mpix, f/2.5 • Czujniki: akcelerometr, zbliżeniowy, żyroskop, magnetometr, czytnik linii papilarnych w ekranie (ultradźwiękowy), GPS • Inne: IP68/69, głośniki stereo, 5 lat aktualizacji systemu i 7 lat poprawek bezpieczeństwa • Opcjonalny zestaw foto: nakładka Imaging Grip, telekonwerter Vivo ZEISS Gen 2 Ultra – ekwiwalent 400 mm • Wymiary: 162,98 × 76,81 × 8,19 mm • Waga: 232 g

Nasza ocena Vivo X300 Ultra:
8,0 / 10
PC Format Power
Plusy
  • wyśmienita jakość zdjęć i olbrzymie możliwości foto po dołożeniu zestawu z telekonwerterem
  • topowa wydajność
  • ekran nie pozostawia pola do krytyki
  • ogólna konfiguracja, w tym bardzo duża pula pamięci
  • jakość wykonania
  • bardzo przyjemny w użytkowaniu na co dzień…
Minusy
  • …tyle że duży
  • zestaw foto bywa niewygodny
  • całość kosztuje tyle co dobry aparat APS-C z jakimś lepszym już szkłem
  • widoczne niekiedy „przeskakiwanie” obrazu podczas robienia zdjęć i nagrywania filmów

0 komentarzy

Zostaw komentarz