Przejdź do treści

Sony: „Rozsądni gracze wiedzą, że nie posiadają żadnych cyfrowych gier”. Koncern próbuje uniknąć kosztownego procesu

4 minuty czytania

Sony próbuje uniknąć uderzenia w fundamenty biznesowe własnego imperium. Gigant argumentuje przed sądem, że pozew zbiorowy dotyczący kwestii „kupowania” gier w sklepie PlayStation Store jest pozbawiony podstaw.

Jak podaje Polygon, Sony odpowiedziało na pozew zbiorowy dotyczący sprzedaży cyfrowych gier w PlayStation Store – ale nie w taki sposób, który usatysfakcjonowałby graczy: firma nie broni się wyłącznie merytorycznie, lecz przede wszystkim próbuje skierować sprawę do arbitrażu. Argumentacja jest zaś kuriozalna. Dlaczego?

Sony: spór o słowo „kup”

Otóż wyobraźcie sobie, że gigant jest na tyle bezczelny, że twierdzi przed sądem, iż „rozsądni konsumenci” nie powinni być wprowadzani w błąd i rozumieją, iż zakup cyfrowej gry oznacza uzyskanie licencji, a nie prawa własności do produktu. Sprawa ta to oczywiście echo tego, że właściciele imperium PlayStation od kilku miesięcy planują odejście od nośników fizycznych – choć ostatnio sprawa ta nie jest już tak do końca pewna, jeśli wierzyć doniesieniom z Gamescomu. Mało tego – Xbox już teraz przypuścił ofensywę, zapowiadając digitalizację gier z nośników, a niedawna awaria PSN pokazała, że gracze w cyfrowej rzeczywistości są zdani na łaskę i niełaskę technologii.

Pozew, o którym mowa, został złożony 18 czerwca w Kalifornii przez czterech klientów – zarzucają oni koncernowi, że przy zakupie gier używa określeń takich jak „Buy Now” czy „Confirm Purchase”, mimo że zgodnie z warunkami licencyjnymi użytkownik nie staje się właścicielem cyfrowej kopii – zamiast tego otrzymuje ograniczoną licencję na korzystanie z niej.

Argumentacja Sony

Sony w piśmie z 21 sierpnia argumentuje, że obecne informacje są wystarczające: firma powołuje się na dokumenty dostępne podczas procesu zakupu, w tym licencję Software Product License Agreement – czyli ten dokument, który ze względu na prawniczy żargon nie trafia chyba niemal do nikogo, a który wszyscy dla świętego spokoju po prostu przewijają i akceptują bez czytania. W tymże dokumencie – jak podkreśla Sony – zapisano, że oprogramowanie jest „licencjonowane, a nie sprzedawane” użytkownikowi. Zdaniem giganta rozsądny konsument nie powinien więc zakładać, że nabywa cyfrową grę na własność – bo z samej formy, w jakiej dostarczane jest oprogramowanie, wynika, że może ono być jednocześnie udostępnione wielu użytkownikom, w przeciwieństwie do przedmiotu fizycznego, który może mieć tylko jednego właściciela naraz.

Sony PlayStation. Fot. solidmaks, Adobe Stock
Sony PlayStation. Fot. solidmaks, Adobe Stock

Odpowiedź Sony na wyżej nakreślone wątpliwości pozywających jest tym bardziej „interesująca”, że w istocie stanowi unik w postaci wniosku o skierowanie sprawy do arbitrażu i zawieszenie postępowania sądowego. Tym samym koncern próbuje w ogóle nie dopuścić do rozpatrywania sporu przez sąd powszechny, powołując się najpewniej na klauzule arbitrażowe zawarte w regulaminach PlayStation Network. Dopiero w dalszej kolejności, w przypadku gdyby sąd odrzucił ten wniosek, firma będzie domagać się oddalenia pozwu z przywołanych wyżej powodów merytorycznych. Jak to rozumieć? Cóż, firma próbuje się zabezpieczać na dwa sposoby: opisywana argumentacja o „rozsądnym konsumencie” jest na razie planem B – jeśli ten zawiedzie, to dopiero później Sony obierze główny kierunek obrony.

Zbieg okoliczności? Koniec płyt i przypominające e-maile

Całej tej sprawie pikanterii dodaje fakt, że toczy się ona w momencie dla Sony szczególnym. Pozew ten bowiem zbiega się z decyzją giganta o zaprzestaniu produkcji nośników fizycznych i tym samym wstrzymaniu dystrybucji gier w taki sposób – ma to nastąpić od stycznia 2028 roku. Dla firmy przechodzącej na model w pełni cyfrowy postawione przed sądem pytanie o to, co tak naprawdę oznacza „zakup” gry, może okazać się nielichym problemem: coraz więcej graczy nie będzie miało już alternatywy w postaci nośnika fizycznego, a przecież sklep Sony de facto zakupu nie umożliwia.

Dodatkowo pod koniec sierpnia Sony rozesłało do użytkowników PlayStation e-maile przypominające o warunkach licencji cyfrowych. Wygląda to cokolwiek podejrzanie: moment wysyłki tychże wiadomości sprawia wrażenie, że to swego rodzaju „ucieczka do przodu” i próba zabezpieczenia własnego stanowiska. Niefortunna zresztą – bo choć może korzystna w świetle toczącego się postępowania sądowego, to, patrząc już na klientów korporacji, tylko przypomniała graczom, z czym będą musieli się mierzyć, gdy zabraknie gier dystrybuowanych w sposób tradycyjny, w pudełkach. I śmierć rynku wtórnego wcale nie jest tu najgorszym scenariuszem.

0 komentarzy

Zostaw komentarz