Jak podaje Polygon, Sony odpowiedziało na pozew zbiorowy dotyczący sprzedaży cyfrowych gier w PlayStation Store – ale nie w taki sposób, który usatysfakcjonowałby graczy: firma nie broni się wyłącznie merytorycznie, lecz przede wszystkim próbuje skierować sprawę do arbitrażu. Argumentacja jest zaś kuriozalna. Dlaczego?
Sony: spór o słowo „kup”
Otóż wyobraźcie sobie, że gigant jest na tyle bezczelny, że twierdzi przed sądem, iż „rozsądni konsumenci” nie powinni być wprowadzani w błąd i rozumieją, iż zakup cyfrowej gry oznacza uzyskanie licencji, a nie prawa własności do produktu. Sprawa ta to oczywiście echo tego, że właściciele imperium PlayStation od kilku miesięcy planują odejście od nośników fizycznych – choć ostatnio sprawa ta nie jest już tak do końca pewna, jeśli wierzyć doniesieniom z Gamescomu. Mało tego – Xbox już teraz przypuścił ofensywę, zapowiadając digitalizację gier z nośników, a niedawna awaria PSN pokazała, że gracze w cyfrowej rzeczywistości są zdani na łaskę i niełaskę technologii.
Pozew, o którym mowa, został złożony 18 czerwca w Kalifornii przez czterech klientów – zarzucają oni koncernowi, że przy zakupie gier używa określeń takich jak „Buy Now” czy „Confirm Purchase”, mimo że zgodnie z warunkami licencyjnymi użytkownik nie staje się właścicielem cyfrowej kopii – zamiast tego otrzymuje ograniczoną licencję na korzystanie z niej.
Argumentacja Sony
Sony w piśmie z 21 sierpnia argumentuje, że obecne informacje są wystarczające: firma powołuje się na dokumenty dostępne podczas procesu zakupu, w tym licencję Software Product License Agreement – czyli ten dokument, który ze względu na prawniczy żargon nie trafia chyba niemal do nikogo, a który wszyscy dla świętego spokoju po prostu przewijają i akceptują bez czytania. W tymże dokumencie – jak podkreśla Sony – zapisano, że oprogramowanie jest „licencjonowane, a nie sprzedawane” użytkownikowi. Zdaniem giganta rozsądny konsument nie powinien więc zakładać, że nabywa cyfrową grę na własność – bo z samej formy, w jakiej dostarczane jest oprogramowanie, wynika, że może ono być jednocześnie udostępnione wielu użytkownikom, w przeciwieństwie do przedmiotu fizycznego, który może mieć tylko jednego właściciela naraz.

Odpowiedź Sony na wyżej nakreślone wątpliwości pozywających jest tym bardziej „interesująca”, że w istocie stanowi unik w postaci wniosku o skierowanie sprawy do arbitrażu i zawieszenie postępowania sądowego. Tym samym koncern próbuje w ogóle nie dopuścić do rozpatrywania sporu przez sąd powszechny, powołując się najpewniej na klauzule arbitrażowe zawarte w regulaminach PlayStation Network. Dopiero w dalszej kolejności, w przypadku gdyby sąd odrzucił ten wniosek, firma będzie domagać się oddalenia pozwu z przywołanych wyżej powodów merytorycznych. Jak to rozumieć? Cóż, firma próbuje się zabezpieczać na dwa sposoby: opisywana argumentacja o „rozsądnym konsumencie” jest na razie planem B – jeśli ten zawiedzie, to dopiero później Sony obierze główny kierunek obrony.
Zbieg okoliczności? Koniec płyt i przypominające e-maile
Całej tej sprawie pikanterii dodaje fakt, że toczy się ona w momencie dla Sony szczególnym. Pozew ten bowiem zbiega się z decyzją giganta o zaprzestaniu produkcji nośników fizycznych i tym samym wstrzymaniu dystrybucji gier w taki sposób – ma to nastąpić od stycznia 2028 roku. Dla firmy przechodzącej na model w pełni cyfrowy postawione przed sądem pytanie o to, co tak naprawdę oznacza „zakup” gry, może okazać się nielichym problemem: coraz więcej graczy nie będzie miało już alternatywy w postaci nośnika fizycznego, a przecież sklep Sony de facto zakupu nie umożliwia.
Dodatkowo pod koniec sierpnia Sony rozesłało do użytkowników PlayStation e-maile przypominające o warunkach licencji cyfrowych. Wygląda to cokolwiek podejrzanie: moment wysyłki tychże wiadomości sprawia wrażenie, że to swego rodzaju „ucieczka do przodu” i próba zabezpieczenia własnego stanowiska. Niefortunna zresztą – bo choć może korzystna w świetle toczącego się postępowania sądowego, to, patrząc już na klientów korporacji, tylko przypomniała graczom, z czym będą musieli się mierzyć, gdy zabraknie gier dystrybuowanych w sposób tradycyjny, w pudełkach. I śmierć rynku wtórnego wcale nie jest tu najgorszym scenariuszem.







![Ukraiński MIG-29 strącił drona, nie strzelając ani razu. Pilot powtórzył sztuczkę znaną z II wojny światowej. Brali w tym udział również Polacy [AKTUALIZACJA]](https://pcformat.pl/wp-content/uploads/2026/08/181009-Z-VM449-513-768x511.jpg)



0 komentarzy