Po wielu miesiącach od pierwszych zapowiedzi Steam Machine w końcu trafił do sprzedaży, choć nadal nie kupią go wszyscy chętni – obowiązuje kolejka rezerwacji. Mnie na szczęście udało się dorwać „konsolę” Valve relatywnie szybko, spędziłem z nią już dwa miesiące i… sam nie wiem czy jestem bardziej zadowolony z tego, jak działa i wygląda, czy zły z powodu zaporowej ceny.

Nie ma drugiej takiej konsoli jak Steam Machine
Zacznijmy może od tego, że w przypadku Steam Machine płaci się przede wszystkim za koncepcję. To ewidentnie sprzęt niszowy, ale nisza ta jest większa, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, bo zamówień przedpremierowych było tak dużo, że Valve – mimo obietnic – do dzisiaj nie zrealizowało wszystkich. Klient chcący zamówić Steam Machine musi zdawać sobie sprawę, że (tak jak w przypadku Steam Decka) nie chodzi tu o czystą moc obliczeniową, bo tę samą wydajność można uzyskać taniej, składając własnego peceta.

W koncepcji Steam Machine chodzi głównie o rzeczy wpływające na komfort i łatwość użytkowania – niewielki rozmiar, kulturę pracy i to, jak dopracowane jest tu połączenie między oprogramowaniem a jedyną możliwą konfiguracją sprzętu. Właśnie dzięki kombinacji tych cech uważam Steam Machine za najlepszego peceta do salonu, z jakiego kiedykolwiek korzystałem – i to nawet mimo faktu, że sprzęt jest w teorii odrobinę słabszy od PS5 czy Xboksa Series X.
Bardzo kompaktowy rozmiar sprawia też, że Steam Machine dobrze znosi podróże. Sam zabierałem je już kilka razy do znajomych czy do domu rodzinnego i za każdym razem cały proces sprowadzał się do podłączenia dwóch kabli – zasilającego („ósemki”) oraz HDMI lub DisplayPortu. Jeśli macie do tego Steam Controller, to myszka nie będzie do niczego potrzebna, a klawiatura ekranowa jest na tyle wygodna, np. podczas wpisania hasła czy nazwy drugiego gracza, że zewnętrznej podłączać nie trzeba.

Jakość wykonania – top!
Największym plusem Steam Machine jest świetna jakość wykonania. Sytuacja wygląda zdecydowanie lepiej niż w przypadku Steam Decka, który jednak był lekko „prototypowy”. Obudowa Steam Machine jest aluminiowa, nie ma żadnych luzów, jest świetnie spasowana i sprawia wrażenie przemyślanej, solidnej konstrukcji, a wymienne panele przednie to naprawdę fajny dodatek, pozwalający spersonalizować wygląd konsoli bez ingerencji w jej wnętrze.
Ta wysoka jakość jest utrzymana także wewnątrz urządzenia. Chłodzenie jest tu wręcz doskonałe i mówię, to jako osoba bardzo wrażliwa na zbyt głośne komputery czy konsole. Nawet przy pełnym obciążeniu Steam Machine pozostaje niemal bezgłośne, co przy tak kompaktowej obudowie jest naprawdę imponującym osiągnięciem inżynieryjnym. Sekret tkwi w dwóch rzeczach – po pierwsze w prostocie konstrukcji. W środku pracuje tylko jeden duży wentylator, umieszczony z tyłu obudowy, a większość wnętrza zajmuje gigantyczny radiator. Po drugie – Steam Machine ma podzespoły o dość niskim zapotrzebowaniu na energię, więc siłą rzeczy schłodzenie ich nie jest aż tak trudne. Takie combo sprawia, że dostajemy szalenie cichy i chłodny sprzęt.

Warto też wiedzieć, że Steam Machine pobiera chłodne powietrze głównie od spodu oraz z przodu, więc nie trzeba martwić się o odstępy po bokach obudowy (np., w wąskiej przestrzeni). Zdecydowanie nie radzę jednak stawiać Steam Machine na żadnym dywanie czy innej powierzchni, która mogłaby blokować dopływ świeżego powietrza od spodu.
Bardzo miłym dodatkiem jest też pasek LED na froncie obudowy, który może informować o postępach w pobieraniu gry. Można go dostosować do własnych upodobań lub kompletnie wyłączyć.
W środku jest ciekawie, ale mocy już teraz czasem brakuje
Valve bardzo wyraźnie nazywa Steam Machine komputerem, a nie konsolą i doskonale ich rozumiem – choć ten sprzęt jest niemal bezobsługowy i pozwala na granie w „konsolowym” stylu, to jednak ma w pełni funkcjonalny system operacyjny i z powodzeniem można na nim także pracować. Uważam jednak, że jeśli chcecie ten sprzęt nazywać „konsolą” Valve, to jak najbardziej macie takie prawo, a i przyznam szczerze, że ja ze Steam Machine korzystam właśnie jak z konsoli – odpalam je wtedy, kiedy chcę pograć, pobieram gry w trybie uśpienia i w codziennej praktyce w ogóle nie rozpatruję tego „boksa” w kategoriach peceta.
Cieszy mnie jednak, że podobnie, jak większość komputerów, Steam Machine pozwala na stosunkowo prostą rozbudowę dysku SSD. Fabrycznie zamontowany jest nośnik w formacie M.2 2230, ale sam slot obsługuje też wymianę na większy, popularniejszy format M.2 2280. Jeśli nie czujecie się na siłach i nie chcecie rozbierać ślicznej obudowy, to możecie włożyć też kartę MicroSD z przodu – szkoda tylko, że nie MicroSD Express, więc traktujcie tą opcję raczej jako rozwiązanie dla starszych gier i indyków.
Gorzej wygląda sytuacja z rozszerzaniem pamięcią RAM. Steam Machine korzysta z pojedynczego, 16-gigabajtowego modułu SODIMM DDR5 taktowanego 5600 MT/s, pracującego w trybie jednokanałowym, mimo że płyta ma dwa gniazda SO-DIMM. Możemy samodzielnie dorzucić jeszcze jeden moduł pamięci (jeśli mamy za dużo pieniędzy na koncie), ale trzeba najpierw zdemontować radiator i odkręcić parę śrubek, co nie każdemu się spodoba. Na pocieszenie dodam, że większość osób, które zwiększyły ilość RAM-u w Steam Machine notuje minimalnie lepsze wyniki w grach i to głównie pod kątem stabilności, a nie średniej liczby fps.

Przechodząc do najbardziej pikantnej części wnętrza Steam Machine, zobaczymy, że za wydajność odpowiada „półautorski” układ AMD z sześciordzeniowym, dwunastowątkowym CPU opartym na architekturze Zen 4, taktowanym do 4,8 GHz przy 30 W TDP, czyli mniej więcej na poziomie laptopowego Ryzena 5 7540U. Wbudowany układ graficzny to AMD RDNA 3 z 28 jednostkami obliczeniowymi, taktowany do 2,45 GHz przy 110 W TDP, zbliżony wydajnością do laptopowego wariantu Radeona RX 7600M. Do dyspozycji mamy 16 GB pamięci DDR5 dla systemu oraz osobne 8 GB GDDR6 jako VRAM dla karty graficznej. W zależności od wybranej wersji dostajemy 512 GB lub 2 TB miejsca na dysku NVMe SSD. Do tego dochodzi Wi-Fi 6E oraz Bluetooth 5.3, a konsola ma też wbudowany adapter 2,4 GHz do bezprzewodowego Steam Controllera.
Wspomniane wcześniej 8 gigabajtów pamięci VRAM potrafi być przeszkodą w części nowszych, bardziej wymagających gier, takich jak Gothic Remake czy remake The Last of Us, gdzie trzeba uważnie dobierać ustawienia, żeby nie przekroczyć dostępnego limitu pamięci karty graficznej.
Te podzespoły budzą sporo kontrowersji, bo są po prostu... przeciętne. Zarówno Radeon RX 7600M, jak i AMD Ryzen 5 7540U zadebiutowały w 2023 roku i nigdy nie były sprzętami z wysokiej półki. To takie solidne średniaki, montowane w laptopach za około 4000 złotych i radziły sobie z większością gier. W Steam Machine dostały oczywiście dużo lepsze chłodzenie, a GPU ma nieco więcej mocy (110 W vs 90 W w RX 7600M), ale raczej nie ma co liczyć na detale ultra i szalone liczby fps.

Wydajność jest niezła, ale to zdecydowanie nie poziom PS5 Pro
Miejmy to za sobą – tak, Steam Machine odpali każdą grę AAA, ale nie liczcie na granie w 4K przy 60 FPS, tak jak sugerowało Valve jeszcze przed premierą. Ogólna wydajność jest zadowalająca, jeśli oczekujecie poziomu zbliżonego do PS5, ale nie jest nawet blisko tego, co oferuje PS5 Pro. Kupując Steam Machine, musicie po prostu wiedzieć, czego się spodziewać – a mam tu na myśli, ogólnie rzecz biorąc właśnie wspomnianą jakość grafiki i wydajność na poziomie bazowego PS5. Czasem dostaniecie więcej fps, czasem mniej – wiele zależy od wybranego tytułu, ale możecie przyjąć, że jeśli coś działa na podstawowej konsoli Sony w 60 fps ze spadkami, to na Steam Machine będzie bardzo podobnie.
W Cyberpunku 2077 przy ustawieniach wysokich, bez śledzenia promieni, udało mi się osiągnąć średnio 60 klatek na sekundę w 1440p (z FSR 4 w trybie jakości), ale po włączeniu ray tracingu było to już zaledwie 40 fps. W 4K i FSR 4 w trybie wydajności, na niskich ustawieniach da się osiągnąć 60 fps, jednak jakość grafiki jest znacznie gorsza niż na wysokich w 1440p. W Horizon Zero Dawn Remastered, przy 4K, wysokich detalach i FSR w trybie wydajności wbudowany benchmark pokazuje 59 fps, a w trakcie rozgrywki liczba fps-ów waha się pomiędzy 50 a 60, co przy włączonym VRR nie jest specjalnie złym doświadczeniem.

Elden Ring, gra bez wsparcia dla upscalingu, trzyma średnio około 60 fps w 1080p, 50 fps w 1440p oraz 30 fps w natywnym 4K. Znacznie gorzej wypada Space Marine 2 (gra bardzo obciążająca procesor), gdzie na mieszance detali średnich i wysokich w 1080p (FSR jakość) można zbliżyć się do 60 fps-ów, ale ze spadkami w największych bitwach (nawet do 45 fps). Rozdzielczość 4K sprawia, że możemy liczyć co najwyżej na około 30 fps na niskich detalach z FSR w trybie wydajności. W Forza Horizon 6 na Steam Machine wygląda i działa nie najgorzej, ale do płynnej rozgrywki trzeba zejść z rozdzielczością do 1440p (FSR balans) na detalach wysokich, by uzyskać płynne 60 fps. Na niskich ustawieniach można liczyć nawet na 100 klatek na sekundę, jednak w mieście ta wartość spada do okolicy 70 fps.



W starszych tytułach pokroju RDR 2 czy Ratchet & Clank: Rift Apart możecie liczyć na ponad 60 fps w rozdzielczości 4K – i to na wysokich ustawieniach, ale z upscalingiem w trybie wydajności lub zbalansowanym. To zresztą największa przewaga Steam Machine nad PS5, bo w grach z epoki PS4, które nie dostały aktualizacji do PS5, sprzęt Valve radzi sobie dużo lepiej, oferując lepszą jakość obrazu i więcej fps-ów.



Znalazłem też jednak parę tytułów, których nie polecam ogrywać na Steam Machine. Gothic Remake, Oblivion Remastered czy Dawnwalker potrafią „dobić” do 60 klatek na sekundę na bardzo niskich ustawieniach i z mocnym upscalingiem, ale w różnych lokacjach wydajność potrafi mocno spaść – nawet w okolice 40 fps. W takich przypadkach Steam Machine wyraźnie ustępuje bazowemu PS5, gdzie zablokowane 60 fps (z dynamiczną rozdzielczością utrzymującą płynność kosztem ostrości obrazu) często działa dużo stabilniej i po prostu lepiej niż na Steam Machine.
SteamOS działa świetnie, ale nie bez błędów
Jestem gigantycznym fanem SteamOS jako alternatywy dla Windowsa, który ma dużo wad jeśli traktujemy go jako system przeznaczony do gier. Wspominałem już wcześniej, że oprogramowanie Valve obsługuje np. nieobecne w Windowsie pobieranie w trybie uśpienia. Dodatkowo mniej obciąża podzespoły, sprawiając że więcej zasobów (szczególnie RAM-u) jest dostępnych dla gier i aplikacji. Podoba mi się też znana ze Steam Decka możliwość kontroli fps z poziomu prawego panelu opcji, a sam interfejs Big Picture jest w miarę przejrzysty i intuicyjny, choć brakuje mu nieco do systemu z PlayStation 5.
Na Steam Machine znajdziemy też typowo konsolowe funkcje takie jak włączanie i wyłączanie sprzętu z poziomu pada oraz wsparcie HDMI-CEC, dzięki któremu telewizor włącza i wyłącza się razem z „konsolą”, co jest szczególnie przydatne, gdy Steam Machine stoi pod telewizorem.



Ogółem system Valve działa naprawdę dobrze – ale ma też swoje problemy. Ustawienie HDR bywa kłopotliwe, bo SteamOS nie oferuje takich opcji dopasowania go do konkretnego wyświetlacza jak Windows czy konsole. Zdarzają się też inne błędy – kilka razy moje Steam Machine samoistnie się zrestartowało, w niektórych grach HDR-u w ogóle nie dało się włączyć, a blokada limitu klatek w paru tytułach powodowała zauważalne ścinki. W przeciwieństwie do konsol nie znajdziecie tu też natywnych aplikacji streamingowych pokroju Netflixa, którego trzeba odpalać przez przeglądarkę. Jestem też fanem logowania się za pomocą kodu QR ze smartfona i przejrzystego menu szybkiego dostępu.



Skoro mowa o zaletach Linuksa, to uczciwie trzeba przyznać, że tytuły spoza Steam – czyli m.in. z Ubisoft Connect, GOG-a czy Epic Games Store – działają na Steam Machine bez zarzutu, ale podobnie jak na Steam Decku, cały proces jest mniej intuicyjny niż uruchamianie gier bezpośrednio ze Steama i wymaga często trochę kombinowania.
Cena to największy problem Steam Machine
Po naprawdę optymistycznej części tekstu pora na tą bardziej realistyczną, bowiem Steam Machine trafiło na rynek w wyjątkowo pechowym momencie, gdy ceny komponentów, a zwłaszcza pamięci RAM i dysków SSD, poszybowały w górę. Cena 4389 złotych za bazowy model (bez pada i z dyskiem 512 GB) jest bardzo wysoka, jak na oferowaną wydajność. Składając samodzielnie większego peceta, można uzyskać lepsze osiągi, ale to trochę mija się z sensem istnienia Steam Machine, które ma być proste w obsłudze, małe, przenośne i gotowe do grania po podłączeniu dwóch kabli oraz pada.
Mimo wszystko, Steam Machine jest obecnie zdecydowanie najprostszym sposobem na wejście w świat pecetowego grania. Ciekawie wygląda też cena tego komputera na tle „gotowców”, czyli złożonych pecetów, dostępnych od ręki w sklepach. W tym momencie, w popularnych elektromarketach znajdziecie pecety o porównywalnej wydajności w cenie około 4000 złotych (czyli niecałe 400 złotych mniej od Steam Machine), a za mocniejszy sprzęt trzeba zapłacić już około 5000 złotych. Jest dużo drożej niż w przypadku „składaków” i jeśli ktoś jest zdecydowany na „gotowca”, to Steam Machine wygląda już nieco atrakcyjniej.


Nie porównywałbym jednak Steam Machine tylko z pecetami, bo ewidentnie Valve walczy o miejsce w salonie, nie przy biurku – ale na tle konsol ten sprzęt jest zwyczajnie zbyt drogi, by w udany sposób konkurować z PS5 czy Xboksem Series X. Tamte urządzenia dostaniecie za mniej więcej 2500 złotych, i to w zestawie z padem – jest więc dużo, dużo taniej.
Niestety, w ogólnym rozrachunku cena Steam Machine sprawia, że dość trudno polecić ten komputer szerokiemu gronu odbiorców. Za 3499 złotych byłby to murowany hit, a w obecnej kwocie zakupu to raczej coś dla pasjonatów małych pecetów i fanów Valve. Nie zachęcam zatem do zakupu Steam Machine, bo kupując PS5 czy Xboksa, dostajecie lepszy stosunek ceny do wydajności, a w kwocie, jaką należy wyłożyć za Steam Machine, samodzielnie złożycie mocniejszego peceta – a jak się uprzecie, to nawet dość małego.
Jeśli jednak zależy wam na małym komputerze z Linuksem, do tego świetnie wykonanym, cichym i wygodnym w codziennym użytkowaniu, a cena nie jest dla was decydującym czynnikiem, to warto zastanowić się na Steam Machine. Trzymam kciuki, żeby Steam Machine 2 trafiło na rynek w lepszych czasach i zaoferowało taki stosunek ceny do wydajności, że trzeba będzie się mocno zastanowić przed zakupem PS6 czy kolejnego Xboksa.
Cena: 4389 zł
Dostarczył: własny zakup
| Procesor | półautorski AMD Zen 4, 6C/12T (2 pełne rdzenie Zen 4 + 4 rdzenie Zen 4c), do 4,8 GHz, 30 W TDP |
|---|---|
| Karta graficzna | półautorski układ AMD RDNA 3, 28 CU, do 2,45 GHz, 110 W TDP |
| Pamięć RAM | 16 GB DDR5, 5600 MT/s, pojedynczy moduł SODIMM (tryb jednokanałowy), VRAM: 8 GB GDDR6 |
| Dysk | 512 GB lub 2 TB NVMe SSD (M.2 2230, slot obsługuje też format 2280), slot microSD |
| Wyjścia wideo | DisplayPort 1.4 (do 4K/240Hz lub 8K/120Hz), HDMI 2.0 (do 4K/120Hz) |
| Porty | 2 gniazda USB-A 3.2 Gen 1 z przodu, 2 gniazda USB-A 2.0 o dużej szybkości z tyłu, 1 gniazdo USB-C 3.2 Gen 2 z tyłu |
| Łączność | Wi-Fi 6E, Bluetooth 5.3, wbudowany adapter 2,4 GHz do Steam Controllera, Gniazdo Ethernet 1 Gb/s |
| System | SteamOS 3.9 (Arch Linux) |
| Inne | wbudowany zasilacz |
| Wymiary | 152 mm × 162,4 mm × 156 mm |
| Waga | 2,6 kg |
- unikatowa koncepcja, czegoś takiego nie oferuje nikt inny na rynku
- bardzo dobra jakość wykonania
- znakomite, niemal bezgłośne chłodzenie
- kompaktowy rozmiar
- prosta rozbudowa dysku SSD i wymienne panele przednie
- w dobrze zoptymalizowanych grach potrafi wyprzedzać bazowe PS5
- wysoka cena jak na oferowaną wydajność
- tylko 8 GB VRAM
- pamięć RAM pracuje w trybie jednokanałowym
- drobne błędy w SteamOS
![Recenzja Steam Machine po 2 miesiącach – Valve stworzyło świetny sprzęt, ale rynek nie ma dla niego litości [TEST]](https://pcformat.pl/wp-content/uploads/2026/09/wesgdfghb-1024x768.jpg)










0 komentarzy